Ogrzewanie gazowe w mrozy - jest lepiej niż zakładałem

Po bardzo ciepłym początku zimy i nieco nijakim styczniu, w końcu przyszły mrozy, nazywane nawet w mediach arktycznymi. Od około 10 dni temperatura spadła wyraźnie poniżej zera, także w dzień. Najchłodniejszy moment doby, mroźny poranek zaznacza zwykle na termometrze 12 do nawet 15 kresek poniżej zera, a średnia dobowa znajduje się tylko minimalnie powyżej -10 stopni Celsjusza. Władze mojego miasta przejęły się tym na tyle, że na przystankach pojawiły się koksowniki. Będąc szczerym, to widziałem je już przy -7 stopniach, więc reakcja wydaje się być nieco zbyt nerwowa, ale pewnie 2 tygodnie zapowiedzi kataklizmu w prasie zrobiły swoje. Może to też jakiś, mniej zrozumiały, element szeroko dyskutowanej walki ze smogiem.

Ponieważ w końcu możemy powiedzieć, że jest zima, a mury się konkretnie wychłodziły, przyszedł moment, kiedy warto przyjrzeć się działaniu nowego kotła gazowego . Nie będę pisał jak jego obsługa, a raczej jej brak, jest wygodna w porównaniu z kotłem na paliwo stałe. Powiem za to więcej o aspekcie ekonomicznym. Zerknijmy jednak wpierw wykresy temperatur z mroźnego poranka.

Jak widać kocioł w końcu pracuje bez taktowania, dostarczając ciepło w sposób ciągły. Tak, jak jest najbardziej komfortowo. Fakt, poza ostatnimi 15 minutami, kiedy się wyłączył. Stało się tak, ponieważ moc 3kW, z którą minimalnie kocioł może pracować, okazała się większa niż aktualne zapotrzebowanie domu na ciepło. O godzinie 6 rano widać natomiast podgrzewanie ciepłej wody użytkowej. Zobaczmy, jak wyglądają parametry pracy kotła dla tego okresu, w tym najbardziej interesująca - moc kotła (w procentach mocy maksymalnej).

Jak widać, poza momentem grzania wody w zbiorniku c.w.u., wykorzystywana moc utrzymywała się na poziomie około 25% mocy maksymalnej, czyli poniżej 4kW. Gdybym wybrał kolejny z szeregu kocioł, o mocy około 20kW, bardzo często wybierany “na wszelki wypadek”, to już pojawiłoby się taktowanie (przerwy w grzaniu). Większe mrozy niż obecne pojawiają się w mojej okolicy rzadko. Pamiętam, że chyba 7 lat temu temperatura spadała do około -30 stopni, przez 2-3 dni. Innych ataków zimna nie pamiętam, nawet -20 jest czymś niezwykłym w ostatnich latach. Patrząc na powyższe wykresy, nie mam pewność, że zapas mocy jest wystarczający. Oczywiście, nie chcę powiedzieć, że 15kW jest wystarczające do każdego domu, natomiast chciałbym skłonić czytelników do refleksji, że warto ostrożnie podchodzić do kwestii wymiarowania kotła.

A co z kosztami?

Krótko jeszcze o kosztach. Mnie interesuje ten temat bardzo, bo była to w pewnym stopniu niewiadoma przy przechodzeniu na ogrzewanie gazowe z ekogroszku. Zakładałem, że mogę wydać do 1000zł więcej na ogrzewanie w ciągu sezonu. Póki co jestem bardzo, ale to bardzo pozytywnie zaskoczony. Ponieważ odczytuję na bieżąco informacje o zużyciu gazu, więc mam bardzo dobre porównanie.

W ostatnie 61 dni (styczeń, luty i 2 dni marca) zużyte zostało 409 m³ gazu, co oznacza z opłatami rachunek w wysokości 840 zł. Z tego ostatnie 31 dni to równo połowa tej kwoty, ale należy wziąć pod uwagę, że tydzień byliśmy poza domem i temperatura była mocno obniżona, więc normalnie luty byłby bardziej kosztowny niż styczeń. Zużycie w ostatnim, przypominam - mroźnym, tygodniu zamknęło się w 60 m³ gazu, co przełożyłoby się przy takich warunkach przez miesiąc na 531 zł rachunku za gaz. Patrząc natomiast tylko na ostatnią dobę (ze względu na wychłodzenie murów przy dłużej trwającym mrozie), po przemnożeniu przez 30 dni i dodaniu opłat stałych trzeba by zapłacić 564 zł.

Przełóżmy to na ilość ekogroszku, którą można za to kupić (w miejscu, w którym go zawsze kupowałem, w workach). 420zł zł to około 450kg, co za tym idzie 840zł to 900kg, a 564zł to około 600kg. Myślę, że najbardziej miarodajne będzie porównanie stycznia i lutego łącznie, bo najbardziej uśrednione. Dodatkowo zawsze w ciągu tych 2 miesięcy wypadają ferie i przez tydzień nie ma nas w domu, więc temperatura jest obniżona. Jak wyglądało zużycie ekogroszku w tych miesiącach w poprzednich latach, w przeliczeniu na obecne ceny?

2011 - 1540 kg - 1447 zł 2012 - 1350 kg - 1269 zł 2013 - 1200 kg - 1128 zł 2014 - 1170 kg - 1099 zł 2015 - 1020 kg - 958 zł 2016 - 1050 kg - 987 zł 2017 - 1080 kg - 1015 zł

Oczywiście, można założyć, że ostatnie 2 miesiące, to najcieplejszy styczeń i luty w ostatnich 8 latach, choć mam pewne wątpliwości czy tak jest. Gdy porównuję wykresy temperatur początku 2015 roku i początku 2018, to wygląda, że wtedy było wyraźnie cieplej, a temperatura minimalna w przez 2 miesiące spadła tylko trzy razy poniżej -5 stopni Celsjusza. Bliżej nam raczej do 2013 lub 2014 roku, choć teraz nie było aż tak zimno. Na pewno trzeba też wziąć pod uwagę, że mamy kominek. Co prawda bez rozprowadzenia ciepła i palimy w nim tylko dla przyjemności, a nie dla ogrzewania(obecnie najczęściej 3-5 godzin wieczorem), ale na ten sezon kupiliśmy 2 metry przestrzenne drewna i wygląda na to, że je spalimy w tym sezonie. Doliczmy więc koszt połowy tego drewna, czyli 200 zł do ogólnego kosztu. Da nam to łącznie 1040 zł kosztu ogrzewania przez te 2 miesiące.

Jakbym się nie starał, nie widzę wyraźnego wzrostu kosztów ogrzewania przy przejściu na gaz z okazjonalnym paleniem w kominku. Jak to porównamy do najcieplejszego roku, wychodzi 10% drożej. Jak do 2014 roku - bardzo porównywalnie. Co prawda w tym roku ekogroszek bardzo podrożał, przynajmniej w mojej okolicy, więc na pewno ta podwyżka zjadła część różnicy. Można też poczekać z oceną do końca sezonu grzewczego, ale obawiam się, że cały sezon będzie mniej miarodajny, ze względu na bardzo ciepłe pierwsze miesiące sezonu grzewczego. Styczeń i luty wydają się bardziej pasować do statystycznego roku. Ja jestem w każdym razie bardzo zadowolony ze zmiany.

Obniżanie temperatury podczas wyjazdów

Wiele razy słyszałem opinie, że nie warto obniżać temperatury w domu, bo potem trzeba dom nagrzać wychodzi w najlepszym wypadku na to samo. Jest to oczywista bzdura. Straty energii zależą od różnicy temperatur między wnętrzem domu, a powietrzem na zewnątrz (w pewnym uproszczeniu, bo dochodzi jeszcze kilka czynników pogodowych). Oczywiście dom posiada dużą bezwładność cieplną i zanim się wychłodzi a potem nagrzeje, mija sporo czasu. Gdyby bezwładność cieplna była mała, to chyba nikt nie ma wątpliwości, że opłacałoby się wyłączać ogrzewanie. Im większa bezwładność cieplna, tym po prostu mniej na wyłączeniu oszczędzamy, ale nadal oszczędzamy. Przykładem niech będzie poniższy wykres dziennego zużycia gazu.

Nie było nas w domu przez 8 dni. Przez 5 dni temperatura na sterowniku była ustawiona na 11 stopni, w związku z tym zużycie gazu było minimalne, chociaż z dnia na dzień rosło, wraz ze spadkiem temperatury w domu. Potem przez tydzień nie grzaliśmy we wszystkich pomieszczeniach, bo część domowników była nadal nieobecna. Trzeba jakoś oszacować ile gazu byłoby zużywane, gdyby ogrzewanie było włączone cały czas. Załóżmy, że byłaby to linia na wysokości 70 (mniejsza o jednostkę), co wydaje się najbardziej bliskie prawdy, bo gdzieś przed połową ósmego tygodnia przyszło obecne ochłodzenie. Weźmy więc okres od ostatniego dnia szóstego tygodnia do 5 dnia ósmego tygodnia. Białe pole poniżej linii 70 to jest to co zaoszczędziliśmy na wyłączeniu obniżeniu parametrów ogrzewania, to co powyżej - wydaliśmy na dogrzanie po włączeniu ogrzewania. Mimo, że szacowanie nie jest bardzo dokładne, to różnica w proporcjach jest na tyle wyraźna, że widać, że zdecydowanie warto oszczędzać obniżając temperaturę na wyjazdy.

Skąd znam zużycie gazu? To już temat na osobny wpis.